in Motywacja&Inspiracja

SENS

at
sens

Życie potrafi zaskakiwać.
Ostatnio doświadczam tego szczególnie mocno.
Gubię się, szukam trochę na oślep, gonię się sama ze sobą,
nie wyrabiam na zakrętach, wtapiam w tłum, szukając chwili spokoju i bezpieczeństwa, jednocześnie nieustannie chcąc kroczyć swoją własną drogą, wyróżnić się w świecie, który wiecznie chce mnie gdzieś dopasować.
Tak paradoksalnie.

Mimo tego wszystkiego jest dobrze.
Dlaczego?
Tkwię w dziwnym, przejściowym, chaotycznym i trudnym momencie swojego życia, ale jedno wiem i rozumiem doskonale – Tak po prostu bywa.
Właśnie tak wygląda nasza wędrówka tu na ziemi.
Jest różnie, chwiejnie i zaskakująco, ale wszystko to świadczy o tym, że nasze życie jest prawdziwe i przepełnione treścią.
Że to wszystko ma sens.

Spóźniona

Swój „Nowy Rok” zaczynam nieco później. Minął pierwszy miesiąc 2019 roku – styczeń ten z reguły świeży, nowy, inny.
W szale postanowień noworocznych, ludzi na wskroś przepełnionych motywacją i pragnieniem nowego początku, drzemiących w głowach pustych, czystych kart czekających na wypełnienie ich zupełnie nowymi przeżyciami, zostałam gdzieś w tyle.
Schowałam się, w ukryciu tym po cichu drepcząc za noworocznym życiem pachnącym kolejnymi możliwościami, następną szansą, inną drogą (lepszą?).

Nie szkodzi. Wiem, że nie jestem sama.
Jedni z westchnięciem powiesili na ścianie nowy kalendarz, drudzy skupili się na sylwestrowej nocy, jeszcze inni z determinacją stworzyli listę postanowień, teraz być może już z zaangażowaniem wypełniając ją bądź przeciwnie wymijając się z jakąkolwiek motywacją, chęcią czy zmianą.

Każdy inaczej, każdy na swój sposób.

Opuszczam komfortową przystań.
Zostawiam puste krzesło w poczekalni, chociaż nikt mnie nie wywołuje… Sama czuję swoją gotowość i chęć, nie zważając na to, czy panują korzystne warunki.
Bo życie nie czeka.
Tak jak skoczek narciarski dostaję zielone światło. Niespodziewanym podmuchom wiatru stawię czoło doświadczeniem, które zdążyłam zdobyć, formą, którą aktualnie prezentuję, wykorzystam je pod narty, żeby pofrunąć wysoko, a skok zakończę telemarkiem albo chociaż wyląduję na dwie nogi.
Bez względu na oceny za styl, będę dumna z każdej kolejnej próby, z każdego skoku, z każdego postępu.
Każdy może nas oceniać, ale tak naprawdę tylko my sami wiemy, ile przeszliśmy, aby być w miejscu, w którym jesteśmy, co kryje się pod wierzchołkiem naszej własnej góry lodowej.
A kiedy upadnę?
Będzie ktoś, kto pomoże mi wstać, znieść ból i zagoić rany.
Ludzie, których kocham, którzy dają mi swoją obecność, miłość, wsparcie… wiem, że na nich mogę liczyć.

Nikt mnie nie woła, ale jednak coś słyszę.
To przyszłość, nie wiem jeszcze tylko z której strony dobiega jej głos.
Wsłuchując się w podpowiadający szept teraźniejszości –
odnajdę , swoje miejsce, powołanie, kolejne misje do wykonania.

Zaciskam w dłoni pisak i ruszam przed siebie, aby napisać ciąg dalszy akapitu, kolejne rozdziały a może nową książkę?

Czasem jednak odwrócę się za siebie… na chwilę.
Zerknę czy nie pominęłam istotnych drogowskazów, czy nie przegapiłam ludzi, którzy mogą stać się częścią mojej historii. Odwrócę się, żeby w przypadku nieuwagi, nie zagapić się w złudne szczęście czy w toksycznego przewodnika, aby w porę przejrzeć na oczy i nie zabrnąć w ślepą uliczkę.

Odwracanie się od czasu do czasu pozwala nieraz uniknąć poważnego błędu, niebezpiecznego kroku, czy też przypomina o tym, ile mamy już za sobą, pozwala docenić trud wędrówki, a także odtworzyć w głowie jej początek.

Czego chcesz…

Od życia?
Zadaję sobie to pytanie, patrząc w lustro, a także teraz Tobie.
Pomijając fakt nowego roku czy miesiąca, nawet jeśli tego typu refleksje pojawiają się właśnie w takich momentach…
Można znaleźć tysiąc wymówek, uciszać głos w głowie, udawać szczęśliwego, trwać w złudzeniu, idąc w ten sposób na łatwiznę, godząc się na słabe życie, uciekać przed tym, co oferuje nam świat… ale czy warto?

Każdy z nas ma inne marzenia, potrzeby, pasje, wizje swojego życia.
Każdy szuka gdzieś sensu swojej egzystencji, swoich działań, swojego bycia tu.
Znajdując przychodzą momenty, kiedy doświadczamy tego, że ten sens w życiu kosztuje. 

Rodzi się pytanie, czy chcemy spokojnego, przyjemnego życia, czy takiego, w którym się dzieje, które tętni, które przynosi poczucie spełnienia, które jest wypełnione szeroką gamą przeżyć, które prawdziwie czujemy, które chcemy wykorzystać w pełni, na pełnej petardzie?

Pierwsza opcja?
Okej, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy takie życie jest prawdziwe?

Druga opcja jest trudna.
Cholernie trudna.
Ilość lekcji, które wybierając ją, trzeba przejść i z których trzeba, wyciągnąć wnioski jest niewyobrażalnie duża.

Życie na serio wiąże się z cierpieniem.
Miłość boli.

„Jeżeli się kocha to, to boli” powiedział o. Adam Szustak w jednym ze swoich filmów na kanale „Langusta na palmie” i tym materiałem, tym konkretnym zdaniem zainspirował mnie do napisania tego tekstu, a przy okazji może również do zachęcenia Was, abyście znaleźli w sobie odwagę i chęć podjęcia się prawdziwego życia.
Żebyście to życie kochali, ze wszystkimi jego ciężarami.
Bo chcąc w życiu dotykać nieba, doświadczać niezwykłości, tworzyć niesamowite rzeczy, być z innymi ludźmi w pięknych relacjach rodzących owoce miłości i przyjaźni, trzeba przechodzić przez trudne chwile, kryzysy, przeciwności.
Dzielnie.
Ufając Bogu, będzie to możliwe, On sam umarł z miłości.

I tego Wam życzę:
Życia naprawdę. Jego prawdziwego sensu, jakim jest miłość. 

Kochajmy najmocniej!

Marcelina Grysztar