in Motywacja&Inspiracja

CODZIENNIE FIT TOUR KRAKÓW – WRAŻENIA

at
codziennie-fit-tour-krakow-wrazenia

Marta Hennig to blogerka, trenerka i wspaniała „ciocia” z ogromnym bagażem motywacji na każdą chwilę 😀

W moim życiu pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Któregoś dnia natrafiłam na jej bloga, szczerze nie pamiętam, co wtedy przykuło tak szczególnie moją uwagę, ale moje pierwsze wrażenie to myśl: „Kurde, fajna babka z niej!”.
Na tyle fajna, że śledzę jej poczynania w internecie od blisko 2 lat, a przez ten czas bardzo dużo zdążyło się zmienić –
(więcej o moich zmianach pisałam tutaj KLIK).

Przez cały ten czas byłam świadkiem pięknego filmu, obserwowałam, jak Marta rozwija swoje skrzydła, jak dojrzewa niczym kwiat, jak krok po kroku zmienia swoje życie, żeby na maxa czerpać z niego radość, spełniać w nim swoje pasje, a przy tym niezmiennie zachować szczery uśmiech, który rozwiewa wszystkie smutki dookoła 😉

Niebywałe jest to, jak zdążyłam się do niej emocjonalnie przywiązać, zajęła ona w moim serduchu naprawdę ważne miejsce.
Podziwiam ją.
Wiem, że teraz padają tutaj odważne słowa, ale piszę, jak jest, tak jak czuję.
Przypuszczam, że wielu z Was pomyśli teraz, że oszalałam, że dałam się zauroczyć postaci kreowanej w internecie, że popadłam w uwielbienie człowieka, że patrzę na Martę przez pryzmat doskonałości… nie jest tak.
Śmiało mogę powiedzieć, że jest wprost przeciwnie!
W Marcie widzę silną kobietę, taką prawdziwą z krwi i kości, dziewczynę, która się gubi, ale koniec końców zawsze odnajduje, człowieka z marzeniami, który uparcie chce je spełniać i dzięki temu samozaparciu naprawdę się to udaje 😀
Widzę w niej prawdę, od zawsze, od tego pierwszego wpisu, jaki dane mi było przeczytać.
To jest w tym wszystkim chyba najpiękniejsze.
Widzę upadki, widzę pomyłki, widzę nieperfekcyjność, mam obraz autentycznego człowieka i jego życia, które z ideałem nie ma i nie będzie miało nigdy do czynienia, widok codzienności nieusłanej różami i latającymi jednorożcami.
Dlatego też w pierwszym zdaniu użyłam słowa „ciocia”, właśnie takie jest moje pierwsze skojarzenie, widząc radosną blondynkę z często potarganymi, niesfornymi włosami, zazwyczaj na zdjęciu potreningowym, bo przecież sport to całe jej życie.


BĘDZIE TRASA

Kiedy dotarła do mnie jeszcze nieoficjalna informacja, o planowanej trasie treningowej poczułam przypływ ciepła, ale i niestety smutku. Z jednej strony pomysł bardzo mi się spodobał i już czułam radość, że moja ulubiona blogerka (ale słodzę! :P) robi kolejny ważny krok do przodu w swoim życiu, z drugiej jednak wizja tego, że prawdopodobnie nie będzie mi dane się tam pojawić automatycznie rozwiewała rogala z twarzy i sprawiała pewnego rodzaju ból, że nie będę częścią, czegoś tak wspaniałego.

Kiedy w końcu trasa była już zaklepana i pewna, a Marta zaczęła podawać pierwsze konkrety, zrodziła się we mnie myśl, która była już nie do odwołania, a mianowicie… MUSZĘ TAM BYĆ.

Jeśli jesteście ze mną dłużej, czy zwyczajnie znacie mnie trochę lepiej, wiecie, że leń leniem , ale jak się na coś uprę to nie ma bata wybić mi tego z głowy 😛
Lubię tę cechę u siebie, chociaż nie ukrywam, że bywa nieraz powodem problemów.
Zauważyłam, że jeśli faktycznie mi na czymś zależy i chcę to osiągnąć, natychmiastowo zalewa mnie fala przeciwności i przeszkód, tym razem nie było inaczej.
Też tak macie?
Nie wiem, ale czasami mam wrażenie, że jestem pechowcem jakiś mało!
Bo jak w tak krótkim czasie, cały świat nagle zaczyna być przeciwko tobie?!

Zagryzłam zęby.
Stanęłam przed lustrem i powiedziałam na głos do swojego odbicia (musiało to wyglądać komicznie :P) ⇒ Cyśka, uda się!

… skoro piszę ten tekst, finał jest dla mnie, a życie dało mi szansę.
Moja skryta dusza buntownika dała radę i chociaż łatwo nie było, to na pewno warto.

CZY POT TO ŁZY CIAŁA?

„Marcyśka i na co Ci to wszystko?!”, „Tyle trudu i stresu, żeby teraz dostać za to ostro w tyłek?”, „Jasna cholera wytrzymaj jeszcze, popatrz na tych wszystkich ludzi, oni cisną to Ty także!”, „Walcz głupku, waaaalcz!”.
⇑⇑⇑
Panie i Panowie w roli głównej mój wewnętrzny głos i myśli, które targały mną podczas „masakry” jaka miała miejsce w Krakowie 😛
Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, a potem chwila (godziny!!!) wysiłku fizycznego i spotkania z częścią drużyny CF (Codziennie Fit), myślałam, że oszaleje! Serio 😛
W jednej chwili dopadły mnie wątpliwości, czy aby na pewno nadaje się na uczestnictwo w takim wydarzeniu i czy wyjdę stąd w jednym kawałku, cała i zdrowa?
Ze sportem tak jest, kochasz go i nienawidzisz zarazem.
Mix emocji, jaki dzieje się w głowie podczas treningu to czysta wariacja!
Aniołek na prawym ramieniu jest z Ciebie dumny i szepczę, że silną dziewczyną jesteś, pozwala czuć satysfakcję, za to diabełek po lewej, przeklina cały świat i ma za zadanie wmówić Ci, że nie dasz rady, że polegniesz, że za ciężko…

Kocham to! Na serio polubiłam ten stan całym serduchem 😀
Czas „na macie” to idealne pole na kształtowanie charakteru, miejsce, gdzie możesz z siebie wyrzucić wszystko, co przeszkadza, co boli, czego nie cierpisz i czego pragniesz się pozbyć.
Zamiłowanie do ruchu zaszczepiła we mnie właśnie Marta i mówię to otwarcie każdemu, ruszyła do ćwiczeń takiego lenia, jak ja! Więc uwierzcie, że ma kobieta moc i dar przekonywania ♥

Na trasie mają miejsce dwa treningi, jeden rozgrzewkowy z instruktorem z sieci siłowni Cityfit, drugi główny właśnie z Martą.
Łącznie dwie godziny wymachiwań, skoków, tańców, wykopów, przysiadów, biegów itd. itd.
Teraz (myślę, że w imieniu większości uczestników), dziękuję Marcie za możliwość wyboru wersji ćwiczenia dla początkujących, jak i zaawansowanych, bo tylko dzięki tej mieszance wytrwałam!

BYŁO NIESAMOWICIE!

W takich miejscach, z takimi ludźmi, w takiej atmosferze wszystko jest inne… lepsze!
Nawet smak soku od Bodychief (jeden ze sponsorów), który mieliśmy przyjemność zasmakować w przerwie między treningami, był bardziej wyrazisty, pyszny i zaspokajający pragnienie!
A to zwyczajna truskawka i mango 😛

Myślę, że to właśnie w tym tkwi ta magia, ta wyjątkowość ⇒ byliśmy tam RAZEM, wzajemnie się motywując i uśmiechając, nawet wtedy, kiedy z tyłu głowy cisnęły się same nieprzyzwoite słowa.
Chcę w tym miejscu podziękować wszystkim, z którymi spotkałam się na sali.
Dziękuję za waszą siłę!
Jestem wręcz pewna, że gdyby nie WY nie dotrwałabym do końca 😀
Byliście świetni, super było spotkać się z częścią naszej drużyny, z innymi czytelnikami bloga Marty.
Cudownie było móc Was zobaczyć, poczuć obecność i zaangażowanie w tworzenie tak wyjątkowej społeczności.
Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuła nasza trenerka i sprawczyni całego wydarzenia, widząc swoją ekipę na żywo, TU I TERAZ, dodatkowo podczas treningu, czyli czegoś, co tak naprawdę nas połączyło.

BARIERA POKONANA

Internet jest super. Kto jak kto, ale ja naprawdę zdążyłam przekonać się o jego sile, wiem, jak bardzo pomógł mi stanąć na nogi, po cięższym okresie w życiu. Jednak jak wszystko ma on swoje wady, jedną z nich jest bariera, która przez cały ten czas działania w sieci i obserwowania innych bardzo mi przeszkadza 🙁
Facebook, Instagram, Snapchat, wszystkie te social media są jakieś dziwne – łączą i dzielą, zbliżają i oddalają, pomagają i szkodą jednocześnie.
Kontakt poprzez grupy na Facebooku, różnego rodzaju czaty, strefę komentarzy np. na blogu jest dobry, ale po pewnym czasie niewystarczający.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia, kiedy długo mamy z kimś do czynienia tylko w internecie, powoli zaczynami wierzyć, że człowiek ten, jest chyba uwięziony w tym małym prostokącie, mrugającym ekranie i emotikonach, które marnie pozorują emocje.

Między innymi z Martą tak właśnie miałam. Zastanawiałam się czasem, kiedy w końcu uda nam się spotkać twarzą w twarz i szczerze nie przypuszczałam, że wydarzy się to w tak wspaniałych okolicznościach!

Spotkać kogoś po tak długim okresie relacji: telefon – telefon, ekran – ekran, to uczucie nie do opisania!
Mogę się tu gimnastykować, sięgać po najbardziej wyszukane słowa, próbować zadziałać obrazem czy dźwiękiem, ale to i tak będzie nic w porównaniu z tym, co dzieje się w człowieku. Żadne słowa, zdjęcia czy filmy nie oddadzą tych emocji.
Wszechogarniające szczęście, spełnienie, spokój ducha i lekkie zdenerwowanie, bo to naprawdę ważny moment…
(kto przeżył coś takiego, zrozumie).

Chwila, kiedy wreszcie mogłam popatrzeć w oczy, zobaczyć uśmiech, uścisnąć i powiedzieć (nie)zwykłe „dziękuję”, pozostanie mi w głowie na bardzo długo.
Marta odwaliła kawał dobrej roboty, dlatego chylę czoła i trzymam kciuki, żeby w kolejnych miastach energia ludzi była tak samo pozytywna, jak w Krakowie 😀 Wierzę, że tak będzie!

CHCĘ WIĘCEJ! 

Jeśli są tutaj osoby, które jeszcze wahają się, czy udać się na trening z Martą – Idźcie! Nawet jeśli czujecie obawy, uwierzcie, że nie pożałujecie tej decyzji, a wspomnienia i nowe doświadczenia, jakie stamtąd wyniesiecie, bardzo Was wzbogacą ♥
Trasa w trakcie realizacji, koniecznie zajrzyjcie na bloga Marty KLIK oraz jej FanPage KLIK po więcej szczegółów.
Od razu zaznaczę, panowie też walczyli i są bardzo mile na treningach widziani, w Krakowie była ich garstka, ale na zumbie wywijali, jak mało kto 😛

Gdybym tylko mogła cofnąć czas, żeby przeżyć to ponownie, zrobiłabym to od razu, tak nawet ten wylany pot, ból palących mięśni i zadyszka, chętnie poddałabym się temu kolejny raz 😀
Mam nadzieję, że przyszłość przyniesie kolejne spotkanie z Martą, kolejne wspólne treningi i tego typu wydarzenia, które są niezwykle inspirujące i motywujące.

Marta i jej twórczość w blogosferze odmieniła moje życie, wywróciła je totalnie do góry nogami, jestem za tę rewolucję ogromnie wdzięczna i dziękuję Bogu, że postawił mi taką osobę na mojej drodze życia.

Składam też gratulacje dla współorganizatorów oraz wielkie dzięki sponsorom!
Bez Was nic by się nie udało ♥

Z aktywnego dnia wyniosłam zakwasy, zmęczenie, ale przede wszystkim uśmiech na twarzy, motywację do dalszej walki i cenną lekcję, że razem możemy tworzyć naprawdę wspaniałe dzieła!

ZDJĘCIA ⇒ Fotografia dla biznesu KLIK
PARTNERZY WYDARZENIA ⇒ PumaOneDayMoreOlimp Sport NutritionBodyboomSonkoStaropolska.

Marcelina.
Szczęśliwa Marcelina 🙂
 

Marcelina Grysztar